|
|
czwartek, 30 czerwca 2005
nudy
Od poniedzialku nudze sie w kamieniu. ( Stone) Jestem stand-by , to znaczy dostaje 200 funtow za nie robienie niczego + zakwaterowanie. nie najgorzej, nieprawdaz. Pobliski pub, w ktorym sie niezle zaaklimatyzowalem zostal zamkniety do niedzieli. Potrzebowalem 3 dni aby zorientowac sie, ze w poblizu sa jeszcze 3 inne puby. Niesamowite. 1 sklep i 4 puby. nieprawdaz. Ciekawi ludzie :). postanowilem zrobic wypad do pobliskiego Aylesbury. Ciekawe miasteczko tak na dwa godziny spaceru. Co ciekawe nawet sa dwa koscioly katolickie. Dziwne.
środa, 29 czerwca 2005
praca
Moj pierwszy tydzien w pracy byl straszny. Przywitala mnie siostra oddzialowa. Mowi dialektem Northtenderland wiec nie potrafilem zrozumiec ani slowa. Mimo to to bardzo kompetetna kobieta ( i przy tym ladna). Horley gdzie wyladowalem jest koszmarnie drogim miejscem. Ceny sa jak w 1 strefie w Londynie, a landlordzi rownie skapi. Ciezko znalezc cos ciekawego. Pierwsze 6 dni przeciagnalem w lonzy, niestety pochlonelo to strasznie duzo srodkow finansowych. Glowny problem to oczywiscie jezyk. Najgorsze sa rozmowy przez telefon. Straszne. Dobrze ze z dnia na dzien idzie mi coraz lepiej. Horley jest malym uroczym miasteczkiem polozonym w chrabstwie Surrey , oddzielonym lotniskiem od polozonego w Westessex Crowley. Kilka restauracyjek od kilku do kilkunastu funtow za posilek i kilka pubow. Najtanszy jest Forester w ktorym spedzilem troche czasu. Poznalem kilku polakow, greka i kilku stalych bywalcow pijacych piwo i mowiacych po angielsku. Nawet udalo mi sie nieco zrozumiec. Generalnie udalo mi sie przezyc pierwszy tydzien. Nie jest zle. Mam nadzieje, ze pojdzie z gorki. Zwlaszcza ze 1 wyplata.
wtorek, 28 czerwca 2005
jestem
Przezylem pierwszy tydzien w Anglii, ciagle zyje i mnie jeszcze nie wyrzucili z pracy. Przylecialem w zeszly piatek. Po wyladowaniu na Luton prawie pol godziny czekalem na kierowce. Byl mily, ale mowil ze strasznym Londynskim akcentem. Ledwo go rozumialem. Caly piatek zszedl mi na zalatwianiu papierow. Bylem przerazony jak wywali mnie w Aelysbury i kazali mi zalatwic jakies papiery w banku. Po raz pierwszy mialem okazje zobaczyc jaka pozycje ma lekarz tutaj. Urzedniczka usztywnila sie czytajac note z mojej firmy i przeszla od razu na tytulature sir. Z niemalym trudem dotarlem do Stone gdzie bylem przez kolejne 3 dni zakwaterowany. Nie bylo zle. Warunki przyzwoiter, no i oczywisce nie pace za nic. W domku bylem z dwojka lekarzy z poludniowej Afryki. Ashleyem i Pep. Oboje czarni, chociaz sympatyczni. Anglie trzeba zaczac poznawac od miejscowego pubu. Co tez zrobilem, po kilku piwach angielski staje sie sympatycznym latwym do zrozumienia jezykiem. Tak wlasciwie zszedl mi pierwszy weekend. Od poniedziaku mialem zaczac pracé
czwartek, 16 czerwca 2005
jutro
o 9.00 rano wylatuję z Berlina. Dzisiaj musze sie spakować posprawdzac czy wszystko wziełem. Kupic jeszcze jedną dużą torbę.
środa, 15 czerwca 2005
in vino veritas
Wczorajszy wieczór spędziłem z moim korepetytorem. Siedzielismy w knajpie i sączyliśmy wino. Miałem darmową lekcję nie licząc ceny wina, w sklepie kupiłbym za 1/3. Tak krótko mówiąc mój wyjazd już oblałem , mimo, że nie jestem pewien, czy rzeczywiście jutro wyjadę. Ale podejrzewam to kwestia czasu. Papierów ciąg dalszy. Patrzą na mnie z góry wciaż rąsnącym stosem. Rozmnażają się szybciej niż króliki. Ale chyba tak już skontruowany jest ten świat. Sprzątanie. Wieczny dylemat poety. Odrobina prozy wsądczająca się każdego dnia w mózg. Cóż mężczyźnie trudno jest być gosposią domową nawet przez chwilę. Zakupy wydałem już 1500 złotych a wciąz mało. Moja karta kredytowa przegrzewa sie do czerwoności. Dopiero 15, a juz moja połowa martwi się kiedy to spłacimy. A nawet bardziej za co. Mam nadzieję, że dostanę pierwszą pensję na koniec miesiąca. Wczoraj napisałem opowiadanie. Moja żona powiedziała, że trzeb adopracować, ale generalnie jest ok. Zostawię na miesiac niech trochę dojrzeje. Za poprzednie chciała mnie wyrzucić z domu. Generalnie u czytelników w necie wywołało mieszane reakcje. Od zachwytu, po nawoływania do zapalenia stosu. Oczywiście z wymienieniem wszystkich błędów stylistycznych.
wtorek, 14 czerwca 2005
poprawianie i przygotowania
Jestem na etapie przerabiania papierów. Poza tym zakupy. Wydałem juz więcej niż moja ostatnia pensja. Tam gdzie jadę i tam mnie polski komornik nie złapie. Teraz trzeba uciec przed polskim fiskusem. Jak zacznę pracę w poniedziałek, to się urwę. Nie będę mnie reżim z Warszawy skalpował. Jak nie zobaczymy.
piątek, 10 czerwca 2005
papiery ach te papiery
Ach te papiery. Okazało się ,że muszę uzupełniać moje papiery. I te z wyjazdem i te zawodowe. Biurokracja nie jest moją najlepszą stroną. Słowem nerwy, nerwy nerwy. Muszę podrasować trochę mój życiorys. Nie jest wystarczająco szczegółowy. Muszę napisać kim byłem z kim pracowałem, etc. To było jedno z moich pierwszych cv. Rzeczywiście takie sobie. Ale skoro uzyskałem opinię na prawdę świetnego kandydata to coś w tym jest. Jeszcze raz będę musiał napisać wszystko od nowa. Na razie moje tygodniowe wakacje są troszkę nerwowe. Nieszkodzi. Ale i tak będzie po mojemu.
czwartek, 09 czerwca 2005
Wczoraj złozyłem papiery, jeszcze brakuje coś niecoś. Ale zawsze to krok do przodu. Jeszcze jeden szczebelek na drobinie i jeszcze jedna sprawa załatwiona przed egzaminem. Cała noc pisałem papiery. teraz pozostają tylko pytania: czy dojda na czas? czy je zauważą? A co potem? Kolejny stachanowiec znad Wisły, karoshi, który zginął dla sprawy. Żona płacze, boi sie. Maluje obrazy mojej ucieczki. Ma rację uciekam, ale nie przed nią. Nawet nie przed samym sobą, ale przed tutaj i teraz. Spróbuję namolować swój obraz innym odcieniem rzeczywistości. Padam ze zmęczenia. Idę spać.
środa, 08 czerwca 2005
ostatni
Dziś już na prawdę po raz ostatni postawię stempel pod cyrografem. Ostatni telefon od apterze spławię gładkim słowem. Kilka skarg zapiszę nieczytelnym maczkiem na kartach. Może tez zrobię zrobię pamiątkowe zdjęcie. I na pewno wypiszę rachunek. Przeczytany dwa razy i z setką pieczątek pod nim. Dostałem ostatni podpis. Skończyłem. Jeszcze tylko pozostał mi egzamin, potem będę po tamtej stronie stołu. Będę tym mądrym i będę mógł patrzeć z góry na młodocianych profanów. Dzisiaj sam nim jestem. Życzliwośc ludzka nie zna granic. Trzy lata przedłużono moje terminowanie. Wysyłam jeszcze jedną aplikację. Może ktoś przeczyta. Już mówiłem z moim ewentualnym przełożonym, jemu się podoba. Przygotowuje się do wyjazdu. Moja żona popłukuje po kątach i mówi, że nie wrócę. Maluje czarne wizje w swojej wyobraźni. A ja uciekam. Gastarbaiter za chwilę.
wtorek, 07 czerwca 2005
dzisiaj
Budzik nie miał litości. Swoim ciężkim dźwiękiem wyrwał mnie ze słodkiego snu. Był złodziejem moich sennych marzeń. Pal licho koszmary, ale te słodkie powinien był pozostawić. Nie pamiętam nic. Na stacje dotarłem bez pośpiechu, parę minut przed odjazdem pociągu. Jak to dobrze, odchodził 15 minut wcześniej. Jechałem sam. Patrzyłem na mijane drzewa, bez lęku zajadające trawę sarny. Ja byłem tylko reporterem zapisującym chwilę. Poznań jest wielkim miastem. A może to własnie ja jestem taki mały. Czuję się osamotniony w gluszy nieznanych mi ulic. Wiedziałem gdzie iść. Doszedłem. Przepustka na rzeczywistość już jest w mojej dłoni. Ja lubię mówić. To zabija zmarnowane minuty, wycięty z życiorysu fragment kalendarza, zagubiony na torach. Miją chwile, minuty, mijamy kolejne stacje zbliżając się do celu. Wróciłem. Dziś jeszcze wróciłem, ale jutro?
|